niedziela, 19 maja 2013


Siedzieliśmy w salonie przy fortepianie rozmawiając na różne tematy, na szczęście nie prosił mnie, abym zagrała coś na instrumencie,który dalej był zamknięty na kluczyk. Głównie to ja prowadziłam rozmowę, zdarzało się, że nie odpowiadał na niektóre pytania tylko znowu się uśmiechał, ewentualnie nieznacząco kiwał głową. Teraz nie czułam się jak te skrzypce co wczoraj, kiedy one zostały same, przyszłam ja i się nimi zajęłam, teraz we mnie wszedł Tyson. Postanowiliśmy się przejść, w głębi duszy liczyłam na to, że zajdziemy do mojego lasu. Od jakiegoś czasu coś bardzo mnie tam ciągnęło, tak jakby ktoś albo coś bardzo chciało, żebym się tam znalazła. Moje ciche marzenie spełniło się, szliśmy przed siebie tak długo, aż doszliśmy do lasu, żadne z nas się nie odzywało, ale nawet ta cisza wydawała się być piękna. Znaleźliśmy się na skraju lasu, gdzie stał stary podniszczony dom. Nigdy jeszcze tam nie byłam, poczułam wielką ochotę, żeby wejść do tego domu. To miejsce również wydawało mi się znajome, jakbym tu była, wiele lat temu. 
- Tyson? Wejdziemy tam? - zapytałam cicho. Patrzał na dom skupiony, bardzo się nad czymś zastanawiał.
- Zobaczę jak wygląda w środku i powiem ci, czy możesz tam wejść. - powiedział po chwili namysłu, chwile potem wchodził do środka. Czekając na niego usiadłam na trawie, zrywając źdźbło trawy. Bawiłam się trawą przez dłuższy czas. Po chwili drzwi domu otworzyły się i wyszedł z nich Tyson, kiedy był na tyle blisko mnie, że widziałam jego twarz, poderwałam się na równe nogi. Miał rozgniewaną minę, szedł szybkim krokiem. Kiedy do mnie podszedł mocno złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę lasu. Usłużnie powłóczyłam nogami, zdziwiona jego reakcją. Miałam wielką ochotę zatrzymać się, żeby zapytać go o tą nagłą zmianę nastroju, ale moje słabe ręce nie dały by rady z mocnym uściskiem Tysona.Wreszcie zatrzymał się i mocno przyciągnął do siebie. Wtuliłam się w jego klatę piersiową, a on zaczął głaskać moje włosy.
-Sądzę, że nie najlepszym pomysłem jest wchodzenie tam. - powiedział, po głosie poznałam że był bliski płaczu. Z całej siły ścisnęłam go, poczułam jak po włosach spływają mi jego łzy. Nie wiedząc o co chodzi zaczęłam płakać razem z nim, na środku lasu. 
- I nie można było tak od razu? - powiedziałam przerywając płacz. Delikatnie dotknął mojej głowy i uniósł ją, tak abym spojrzała prosto w jego oczy. Jedyne co chciałam teraz zrobić to pocałować go, niestety on nie wykazywał takich chęci. Otworzył usta jakby chciał mi coś powiedzieć, jednak po chwili zamknął je zrezygnowany. Odsunął mnie od siebie po czym ruszył przed siebie, poszłam za nim, raz obracając się za domem, którego tu już widać nie było. 
- Alice? - zapytał po pewnym czasie Tyson.
- Tak? - mruknęłam w odpowiedzi.
- Obiecaj mi, że nigdy nie pójdziesz do tego domu sama, póki ja cię tam nie zaprowadzę, dobrze? - powiedział, nie odpowiedziałam, kusiło mnie, żeby tam pójść, nawet teraz. - Dobrze?!- krzyknął nie słysząc mojej odpowiedzi, skrzyżowałam palce za plecami i odpowiedziałam:
- Dobrze.
 Milion  pytań nasuwało mi się na język, ale kiedy tylko doszliśmy do mojego domu, Tyson ostatni raz mnie przytulił i zniknął za rogiem.Chciałam porozmawiać z Hay'ą ale nigdzie jej nie było, pouczyłam się i zeszłam do salonu. Nic ciekawego nigdzie się nie działo, więc położyłam się na środku podłogi w salonie myśląc o starym domu za lasem. Wiedziałam, że kiedyś tam wrócę, musiałam wiedzieć co tam było. Kiedy leżałam tak na podłodze powróciły wspomnienia, aby powstrzymać się od płaczu, postanowiłam coś zjeść. Otworzyłam lodówkę i sięgnęłam po pierwszą rzec jaka wpadła mi w ręce. Okazało się, że to marchewka. Siedziałam w korytarzu przygryzając ją. Po chwili do domu weszła Hay'a, usiadła koło mnie i zaczęłyśmy rozmowę, o wszystkim, kiedy postanowiła iść poprosiłam ją, żeby dzisiaj nocowała u mnie, a nie w domku dla personelu. Niestety, dzisiaj jechała do rodziny mieszkającej gdzieś w okolicy. Tą noc musiałam przespać sama. Dochodził wieczór i pogodziłam się z tą myślą, w tedy ktoś zadzwonił do drzwi, otworzyłam je. To był Tyson.
- Hej - mruknęłam cicho.
Nie odpowiedział nic, tylko rzucił mi się w ramiona, szloch. Kiedy już się uspokoił usiedliśmy w moim pokoju w całkowitej ciszy.
- Dzisiaj nasunęło mi się na myśl jedno pytanie... - powiedział niespodzianie.
- Tak? - spytałam cicho, ale z uśmiechem.
- Dlaczego w twoim salonie stoi fortepian? - zapytał. Westchnęłam głośno.
- To pozostałość po tacie, kiedyś nauczył mnie grać, fortepian był jego własnością, ale kiedy rozwiódł się z mamą, zostawił mi go na pamiątkę. - odpowiedziałam.
- Zagrasz mi coś? - zapytał czule. Odpowiedź nie była potrzebna, szybko wstałam i zeszliśmy po schodach do salonu. Zaczęłam grać mój utwór, a on usiadł koło mnie. Z  jego oczu popłynęły łzy.
- Co się stało? - zapytałam, czy jego płacz nie był irytujący? Nie, jego nigdy. 
- Kiedyś słyszałem podobną melodię graną na wiolonczeli, osoba która ją wykonywała już nie żyje. - odpowiedział cicho, powstrzymując kolejną falę łez. Kiedy dokończyłam przytuliłam się mocno do niego. Siedzieliśmy tak przez kilka godzin, dochodziła pierwsza, kiedy postanowiłam pójść spać. Już chciał iść kiedy złapałam go za rękę.
- Zostań, proszę! - powiedziałam. Uśmiechnął się mile i poszedł do mojego pokoju. Nie byłam już sama. Skrzypce poczuły się zadbane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz